Bezpieczeństwo jest ostatnio cenną walutą w polityce. Odmieniane było już w debacie publicznej przez wszystkie przypadki, lecz niemalże zawsze w kontekście militarnym. Jest to oczywiście zrozumiałe, kiedy spojrzymy na obecną sytuację międzynarodową, ale nie możemy zapomnieć o innych aspektach, które sprawiają, że państwo jest bezpieczne – a więc obywatele czują się bezpieczni. Bezpieczeństwa nie da się opisać jednowymiarowo, w naszych obecnych tekstach patrzymy na nie właśnie z tych mniej oczywistych stron. To niewyłącznie czołgi, silna armia i procent PKB wydawany na zbrojenia sprawiają, że czujemy się bezpieczni. To także między innymi system polityczny, w którym żyjemy.  

Czy będziemy czuć się bezpiecznie w państwie, które nie będzie w stanie wprowadzić ważnych ustaw, rozwijać się gospodarczo czy infrastrukturalnie, bo zmiany będą blokowane tylko dla bycia blokowanymi?  

Czy będziemy czuć się bezpiecznie, gdy nasz system będzie pozwalał na prowadzenie dwóch sprzecznych polityk zagranicznych? Gdy główni decydenci będą skupieni na wojnie między sobą, która oddziałuje na dyplomację, armię, kontrwywiad, administrację? 

Czy będziemy czuć się bezpiecznie, kiedy na najwyższym szczeblu system sądowniczy będzie podzielony na sędziów neo- lub paleo- i nieustannie wykorzystywany politycznie, a Trybunał Konstytucyjny będzie używany do legitymizacji łamania praw człowieka i blokowania ustaw? 

Jeśli mówimy o bezpieczeństwie, powinniśmy także mówić o naszym systemie politycznym – nie o konkretnych decydentach i partiach, ale o tym, jak jest skonstruowany. Jego brak stabilności, hamulce rozwoju, rozproszona odpowiedzialność rządzących i powiększanie polaryzacji, które są wpisane w cały nasz unikalny ustrój polityczny, podkopują nasze poczucie bezpieczeństwa. I to mimo wielu miliardów wydawanych na zbrojenia, mimo wzrostu gospodarczego, za którym idzie podwyższenie jakości życia, mimo gwarancji, umów i traktatów międzynarodowych, które to bezpieczeństwo w jakimś stopniu zapewniają. 

Co z naszym systemem jest nie tak? 

Nasz system polityczny nie jest idealny, pokusiłbym się nawet o stwierdzenie, że jest wadliwy. Jesteśmy jednym z nielicznych państw na świecie, w których nie ma jednej dominującej instancji, jeśli chodzi o władzę wykonawczą. Premier ma jej większość, jednak prezydent, mimo że nie ma realnych narzędzi do rządzenia, może władzę premiera ograniczać i blokować – ma do tego mandat i cieszy się większym szacunkiem i prestiżem.  Już w tekstach z 2022 i 2023 roku pisaliśmy, że nasza ustawa zasadnicza nie należy do perfekcyjnych. Budowniczowie konstytucji nie byli w stanie zdecydować się na ograniczenie władzy jednego kosztem drugiego lub odwrotnie. 

Prześledźmy najpierw najważniejsze kompetencje prezydenta RP, które dają mu realny  wpływ na politykę: 

  • Podpisywanie lub wetowanie ustaw; 
  • Nominowanie sędziów, ambasadorów, członków Sądu Najwyższego i Trybunału Konstytucyjnego;  
  • Mianowanie przedstawicieli do organów kolegialnych (Rady Polityki Pieniężnej, Rady Mediów Narodowych itp.); 
  • Ratyfikowanie umów międzynarodowych; 
  • Zwierzchnictwo nad siłami zbrojnymi w czasie pokoju; 
  • Inicjatywa ustawodawcza; 
  • Zwoływanie referendum; 
  • Prawo łaski. 

Wczasach, gdy dominuje jedna opcja polityczna, a więc i prezydent, i rząd są z jednego obozu politycznego, niewiele te zapisy znaczą. Prezydent przeważnie nie przeszkadza, prowadzi politykę w większości zgodną z rządową i nie wchodzi w drogę.  Ale już w przypadku kohabitacji, gdy mamy prezydenta i premiera z różnych opcji politycznych, sytuacja staje się trochę bardziej skomplikowana. 
I o wiele bardziej szkodliwa. 

Jakiej zmiany potrzebujemy?  

I czy w ogóle jej potrzebujemy? W końcu zmiana ustrojowa nie kojarzy się ze stabilnym procesem,
a państwo, które przechodzi nawet niewielką transformację (chociażby w porównaniu do tej, której stawiliśmy czoła w 1989 r.), nie jest raczej w naszych wyobrażeniach idealnym gwarantem bezpieczeństwa. Jednak nasze status quo jest wyjątkowo dalekie od stabilności, a bardzo możliwe, że przez postępującą polaryzację będzie dawało coraz mniej bezpieczeństwa obywatelom. W obecnych czasach deficytu stabilności system nie zapewnia nam jej, a nawet pogłębia istniejące problemy. Nasz ustrój jest wadliwy, jego niestabilność i brak jasnego podziału kompetencji wpływają na nasze bezpieczeństwo. Niezależnie od tego, kto aktualnie piastuje urzędy premiera i prezydenta RP. W obecnej formie system pozwala na nadużycia, a artykuły konstytucji, które można interpretować dowolnie w kwestii władzy wykonawczej, tylko pogłębiają polaryzację. Aż nadto wyraźnie widzimy w ostatnich miesiącach, jak wrogo są nastawione do siebie dwa obozy. 

Jeżeli chcemy zmienić obecny stan, rozwiązanie jest raczej proste: oddać większą władzę w ręce premiera  jak we Włoszech lub Wielkiej Brytanii – lub w ręce prezydenta – jak w systemach Francji czy Stanów Zjednoczonych. 

W badaniach opinii, jakie przeprowadził Instytut Badań Pollster dla „Super Expressu” 12.08.2025, po zaprzysiężeniu Nawrockiego, widzimy jasno, że Polacy chcieliby zwiększenia władzy prezydenta. 52% opowiedziało się za zwiększeniem kompetencji głowy państwa. Podobne badanie przeprowadziły Opinie 24 dla RMF FM 12.11.2025, tym razem z pytaniem, czy władza prezydenta powinna zostać ograniczona na rzecz rządu, czy odwrotnie. I znowu wynik wskazywał na prezydenta. 30% chciałoby zwiększenia władzy prezydenta, 18% władzy rządu. Co ciekawe największa grupa (31%) chciała pozostać przy obecnym podziale kompetencji. Trzeba jednak te wyniki traktować z przymrużeniem oka.  Nawrocki dopiero co wygrał wybory, był promowany przez kilka miesięcy kampanii, więc był bardziej popularny w tamtym czasie. Abstrahując od rzetelności przytoczonych wyników, zastanówmy się jednak:  

Czy system prezydencki byłby zdrowszy? 

Wyniki kampanii prezydenckiej dużo nam mówią o tym, jak bardzo reprezentatywne dla społeczeństwa jest stanowisko głowy naszego państwa. W III RP tylko raz wybory zostały wygrane w I turze. W dodatku prawie za każdym razem (poza rokiem 1990 i 2000) wybrany kandydat nie reprezentował poglądów ponad 45% Polaków. I mimo że w wyborach parlamentarnych te proporcje wyglądają podobnie – duża część głosów nie ma swojej reprezentacji w rządzie, to istnieje różnica – jeżeli dana formacja nie tworzy rady ministrów, to nadal wpływa na politykę, niewybrani kandydaci na prezydenta już nie. Dodatkowo rząd w polskiej polityce niemalże zawsze jest koalicyjny, co sprawia, że jest bardziej reprezentatywny. 

Karol Nawrocki jest prezydentem, który wygrywając wybory, uzyskał najsłabszy w historii III RP wynik w pierwszej turze. Głosowało na niego poniżej 30% wyborców. Przy obecnej polaryzacji społecznej wybory prezydenckie są z grubsza wyborem między dwoma partiami, których poparcie od ok. 20 lat oscyluje w granicach ok 30-40%. 

Czy wobec tego prezydent w ogóle może reprezentować większość Polaków?  

Po co nam w ogóle prezydent? Czy wierzymy w to, co słyszymy niemal w każdej kampanii prezydenckiej? Albo że opozycyjny prezydent będzie stał na straży wartości, wolności, blokował niszczycielskie zapędy rządu i oddali groźbę domknięcia systemu, albo że, jeśli wygra kandydat rządowy, to w końcu nastanie sposobność do wprowadzenia najważniejszych ustaw, a państwo tylko w tym wypadku będzie się rozwijać i nie dojdzie do jego paraliżu?  

Po co nam prezydent, który nie ma narzędzi do rządzenia, jednak ma narzędzia do blokowania rządu, który demokratycznie wybraliśmy? Jeżeli faktycznie chcielibyśmy, poddać działania rządu kontroli i w tym celu wprowadzić narzędzia, które zapobiegną domknięciu systemu, musielibyśmy zapisać, że prezydent zawsze jest z opozycyjnego obozu politycznego. 

Reprezentować nasz kraj może szef MSZ, zwierzchnictwo nad armią może sprawować minister obrony. Wetować nikt nie będzie, bo po co? Od sprawdzania zgodności z konstytucją nadal mamy TK, do podpisywania nominacji czy traktatów nie trzeba osobnego urzędu, a inicjatywę ustawodawczą czy możliwość zwołania referendum ma już rząd.  

Narracje prawicy 

Dyskusję nad gruntowną zmianą ustawy zasadniczej, taką która rozwiązywałaby problem podziału władzy wykonawczej, podnosi się w Polsce wyłącznie wtedy, kiedy można na tej zmianie ugrać większą władzę. PiS i w 2005, i w 2010 roku proponował projekty nowej konstytucji, zwiększające kompetencje prezydenta na różnych polach, takich jak min.: przewodniczenie Krajowej Radzie Sądownictwa, możliwość odmowy powołania premiera lub ministra czy zwiększenie liczby głosów potrzebnych do obalenia weta (z 3/5 do 2/3 mandatów). Projekty te przypadały na początek i koniec kadencji Lecha Kaczyńskiego i zostały w gruncie rzeczy zapomniane po wydarzeniach z 10 kwietnia 2010 roku. 

Rok temu w wywiadzie dla tygodnika „Sieci” Jarosław Kaczyński nawiązywał jednak do pomysłu sprzed 20 lat, wypowiadając się bardzo krytycznie o obowiązującej konstytucji z 1997 roku, równocześnie zapowiadając nowy projekt ustawy zasadniczej po przejęciu ponownie władzy przez Zjednoczoną Prawicę. Nie usłyszeliśmy jeszcze dawnej narracji o IV Rzeczypospolitej, choć nie zaczęła się jeszcze kampania do wyborów parlamentarnych 2027. Możliwe, że to hasło powróci. 

Nowo wybrany prezydent wszedł w wielką politykę spektakularnie również dzięki zapowiedzi budowania nowej konstytucji. Zobowiązał się ją przedstawić do końca swojej kadencji, która upływa w 2030 roku. Nietrudno zgadnąć, że jako głowa państwa będzie szedł w stronę uzyskania większej władzy. Dodatkowo mimo wszelkich fikołków narracyjnych Nawrocki wciąż pozostaje kandydatem PiSu. Czemu prezydent chce czekać aż do 2030 roku? Czy tak długo będzie trwało stworzenie nowego projektu konstytucji? Skoro tak, to dlaczego już teraz nie słyszymy o zespole, który nad nim pracuje?  

Zapowiedzi zmian konstytucji służą tylko zdobyciu większej władzy przez obóz Zjednoczonej Prawicy. To nie naprawa systemu jest celem tych projektów, tylko przejęcie systemu przez ich twórców. 

Brak alternatywnych narracji 

Strona rządowa z kolei nie przedstawia żadnego pomysłu poza pozostaniem przy status quo. Jeżeli w debacie nie pojawią się argumenty za zwiększeniem władzy premiera, to nie będziemy mogli mówić o żadnej zmianie. I nie chodzi o zwiększenie władzy Tuska, tylko o zwiększenie władzy urzędu, żeby w końcu sprawnie zarządzać Państwem, nawet w przypadku kohabitacji. Lecz niestety polityka ciepłej wody w kranie nadal jest modna w kręgach Koalicji Obywatelskiej, chęci zmiany nie ma i raczej nie możemy liczyć na merytoryczną lub konstruktywną dyskusję o zmianie konstytucji. 

Tezę tę wydają się potwierdzać słowa Posła KO Zembaczyńskiego: „Nie widzę przesłanek do tego, aby zmieniać ustrój. Mamy system parlamentarno-gabinetowy, który przez ponad 30 lat dobrze się sprawdza, co widać po naszym rozwoju ekonomicznym”. 

Ustrój, w którym premier miałby większą władzę, jest zdrowszym i bardziej demokratycznym rozwiązaniem. Jeżeli oddamy więcej kompetencji temu urzędowi, rządzenie państwem będzie sprawniejsze, system mniej podatny na nadużycia, a państwo bardziej stabilne i zapewniające bezpieczeństwo. 

Jeżeli chcemy innego systemu, politycy muszą choć trochę odstąpić od aktualnej polityki i spojrzeć na nasz kraj w perspektywie dłuższej niż najbliższe wybory. Zmiana systemu to budowa nowej Polski. Może nie IV RP, jak głosił Kaczyński, ale na pewno byłaby to najważniejsza w XXI wieku zmiana w naszym kraju. Jest ona potrzebna, jednak cały czas rozważamy ją hipotetycznie lub w taki sposób, że prowadziłaby nie do naprawy systemu politycznego, tylko do uzyskania większej władzy przez jedną z dwóch największych partii. 

Nie jest to kierunek, który powinniśmy obierać w niespokojnej sytuacji międzynarodowej. Ostatnio debata publiczna skupia się niemal wyłącznie na walce między małym i dużym pałacem. Zmiana systemu jest potrzebna, jeżeli chcemy by Polacy byli bezpieczni, ale jeśli dyskutujemy o niej w taki sposób jak obecnie, tylko zwiększamy nasze poczucie niepokoju i braku stabilności.  

✅  Korekta: dr Beata Zając

Autor:

  • Tomasz Sokołowski

    Tomasz Sokołowski

    Członek zespołu merytorycznego oraz komunikacyjno-technicznego. Zaangażowany zarówno w projekty badawcze jak i dbanie o stan techniczny sprzętu stowarzyszenia.

    Więcej o autorze